ZBIGNIEW SEJWA - DOM

ZBIGNIEW SEJWA - DOM

05.06.2009r., ul. Dąbrowskiego 27, Gorzów Wielkopolski -  akcja video w przestrzeni zewnętrznej. Zbigniew Sejwa - DOM.

Organizatorzy dziękują sponsorom projektu:
Centrum Zaopatrzenia Szkół Ulart-Cezas, Zespołowi Szkół Ekonomicznych w Gorzowie Wlkp.


Moim zdaniem XLI
(w niedzielne popołudnie 7 czerwca 2009)

Miła Lucynko !

    Jak wiesz, bo pisałem, od połowy maja rezyduję w „swoich lasach”. Pogoda nie jest sprzyjająca – deszcze, burze – tak więc  miałem przerwę dwudniową – zwiałem przed burzą. I to była dobra decyzja. Po powrocie zastałem powywracane sprzęty, połamane gałęzie. Ale jest też i dobra strona – moje „hektary” w końcu się zazieleniły. Nawet wyrosły jakieś śliczne, żółte kwiatki …
   Poza tą dwudniową absencją przedwczoraj także wychynąłem ze swojej ostoi. Bo oto w Miasteczku G. dwudniowe święta („Dni Gorzowa”) obchodzone z dużym rozmachem – zwłaszcza w dziedzinach kultury masowej.  Znasz mnie, więc domyślasz się, że to nie dla nich moje opuszczenie lasów.
    Właściwie dla trzech tylko – akurat dla mnie ważnych, znaczących prezentacji sztuki, w których uczestnictwo uznałem za potrzebne i sensowne.
    Tak więc najpierw piątek:  godzina późno-wieczorna, dwudziesta trzecia tego dnia. Róg ulicy 30 Stycznia i Dąbrowskiego – przedwojenna kamienica (teraz internat Technikum Ekonomicznego).
Tak, tak tego samego, które jakoś udało mi się wiele lat wstecz ukończyć. Tę cześć internatu zamieszkiwały dziewczyny – naszych chłopięcych wtedy serc westchnienia  frunęły z drugiej części tegoż budynku.
    Stoję  w grupie osób, które przyszły zobaczyć pokaz, który jego twórca Zbigniew Sejwa nazwał ładnie: „akcja wideo w przestrzeni  otwartej”. Już, kiedy widziałem film  pt. „Dom” pokazywany parę tygodni wstecz  w Klubie Myśli Twórczej „LAMUS”, film, który stał się kanwą dzisiejszo-nocnego pokazu, wiedziałem, że „rzecz” warta obejrzenia. I nie zawiodłem się. Znakomity pomysł zasadzający się na ludzkiej potrzebie podpatrywania życia drugiego człowieka, ba – tutaj zastanowienia się nad jego człowieczą kondycja, egzystencją. Bo zbyszkowe  podpatrywanie nie ma w sobie nic z mentalności osiedlowych „wisiorów okiennych”, których  głównym celem jest tylko podpatrywanie, pisanie sobie właściwych plotkarskich scenariuszy.  Kiedyś napisałem taką miniaturkę o jednej z sąsiadek mojego bloku, co to obdarzona sporymi kobiecymi walorami,  przez wiele godzin okupuje parapet swojego okna:

Jak arbuzy

Obkłada nimi parapet
Mówią o niej
„Wisior okienny”

   W pięciu oknach kamienicy (filmowego domu) oglądać możemy przez kilka minut życie tych, którzy za szybami. Jakaś pani kładzie się spać – rozbiera się (gratka dla podglądaczy ) …, - a czyż nie jest normalnym rozbierać przed pójściem spać ? W innym oknie kilka osób biesiaduje przy stole. Pojawia się pies, ktoś podchodzi do stołu, zapala papierosa. Widać, że mieszkanie – akurat ten pokój - nie jest w jakiś szczególny sposób umeblowany, na ścianach nie ma obrazów – można podejrzewać jakąś tymczasowość tego miejsca albo, że dopiero mieszkańcy się urządzają – to młodzi ludzie. Te dwa „okna” – dla mnie takie normalne w swojej prawdziwości. Zafrapowały, zaciekawiły  obrazy z dwóch innych. Jeden bardzo statyczny: w skromnie urządzonym wnętrzu starsza kobieta siedzi na „rozebranym” do spania łóżku, jest w koszuli nocnej. Modli się „na różańcu”. Nie klęczy, a siedzi na brzegu łóżka. Tak więc należy sądzić, że już nie może klęczeć, byłoby jej trudno  wstać – pozycja siedząca do modlitwy jest wymuszona stanem zdrowia. Bo nie wierzę, że niechęcią albo brakiem pobożności …
    Już nie patrzę, spuszczam głowę. W myślach moja Mama -  o tej godzinie też kładzie się spać, a nieco wcześniej – też „na siedząco” we fotelu – różaniec. Po nim jeszcze Apel Jasnogórski z Częstochowy, z niewielkiego radia wspólnie odmawiany z tymi, którzy tam …
    I jeszcze Lucynko jedno okno. To, które najbardziej mnie poruszyło – no nie, nie okno, a widok, projekcja za jego szybami. Para – mężczyzna i kobieta ubrani w podomki, pani, chyba  w koszuli nocnej. Podartej na plecach. Tańczą ze sobą. Muzyki nie słychać, ale z ruchów ciał odczytuję walca.
Walca w nieco zwolnionym tempie. Takim jakim mogą go tańczyć starsze osoby. Bez wirowania, figur i innych przynależnych przymiotów. Mężczyzna i kobieta nie są do siebie przytuleni, poruszają się jak w transie po przestrzeni pokoju, wydają się być pochłonięci tą czynnością bez reszty. Nie widać twarzy – możemy jedynie domyślać się ich wpatrzenia w siebie, może mówienia; „cóż nam zostało, potańczmy walca, może za jakiś czas już nawet tego nie będziemy mogli” .
    Już nie patrzę, spuszczam głowę. W myślach czasy, kiedy pracowałem w tzw. „służbie zdrowia” – godziny w Domu Starców, kiedy opowiadałem o Fryderyku Chopinie. Niekiedy, po tych pogawędkach jakieś, właśnie, „tańce” – to przypomnienie osób, które zeszły „z góry” nie do końca dokładnie ubrane … ale z jakąś taką godnością w obcowaniu z muzyką, poruszaniu się … taniec zapomnienia ? Ja pamiętam!

   Było ciemno, nas widzów ze trzy dziesiątki osób, błyskały flesze aparatów, zatrzymujące się samochody   – pasażerowie zadzierali głowy, by zobaczyć co się dzieje … Ilu wyniosło refleksje podobne do moich ? Nie wiem. Wiem, że warto było, mimo panującego chłodu postać tam i zobaczyć, zastanowić się, zadumać … Na pewno integrował pokaz, przekaz, pobycie razem tego późnego wieczoru w tamtym miejscu, może też … lampka szampana, co jak na otwarciach wystaw pośród murów galerii …
    A, że nie jest to Sztuka dla mas, które w tym czasie nad Wartą słuchały muzyki popowej. Cóż - powiedziałem do Zbyszka Sejwy i Moniki Kowalskiej, która dzielnie pomagała przy instalacji, realizacji projektu – „artysta, jeśli tworzy dzieło nawet dla jednej osoby, która je obejrzy i doceni, powinien powiedzieć sobie: Warto było!”
   Kończę, Lucynko już ten dzisiejszy list, bo jakoś tak mi się wydłużył, chociaż przecież nie o wszystkim udało się napisać. Tak więc o Galerii „Bezbronna” i teatrze ulicznym w następnym pisaniu! Może jutro jak czas pozwoli.
Tymczasem pozdrowienie i dobre myśli posyłam. 
Acha, fotkę z tej prezentacji poślę w następnym liście – akurat tusz w drukarce mi się skończył.
Marek

Z. Marek Piechocki, giik, Gorzów Wlkp.

<<< video

 
 


fot. Piotr Miler